poniedziałek, 17 marca 2014

Ach te France...

Po 8 miesięcznej przerwie na studia w Polsce, wracam do Francji. Tym razem by zdobywać jakże cenne doświadczenie zawodowe. Najpierw jednak przerwa na dwutygodniowe wakacje! :)

Izunia z jej pięknie (i smacznie!) upieczoną kaczką na spotkaniu przedwyjazdowym.
Mieszczę się, możemy jechać!
1 tydzień wakacji spędziłam w Cluny na odsypianiu minionego semestru, w którym udało mi się zdobyć 50 ETCS (z średnią 4,5! :D), stypendium rektora i ponad 20 godzinami tygodniowo przepracowanymi w ABB.
2 tydzień wraz z niektórymi członkami boquetty spędziliśmy w Les Houches na nartach. 
Wyjątkowo urokliwa miejscowość niedaleko Chamonix. 
W Chamonix

Przerwa na kanapkę w knajpie z ładnym widokiem...

... na Mont Blanc

Widok na dolinę Chamonix

Fantastyczne warunki do jazdy na nartach. 

A po zamknięciu wyciągów, do zjeżdżania na sankach :D


Chłopaki sobie zjeżdżali po za trasami, ja się do takich zjazdów nie nadaję. 
Także tydzień zleciał błyskawicznie. 
Po powrocie w sobotę zaplanowaliśmy wypad do piwiarni:
Piwiarnia Single Track.
Gdzie zostaliśmy mile ugoszczeni przez właściciela i z bagietkami i francuską suchą kiełbasą próbowaliśmy jego wyrobów. 
Piwo o smaku fiołka i pieprzu. 
Jak wpadniecie skosztujecie, mamy zapas :)

W niedzielę wprowadziłam się do Saint Etienne:
Tu mieszkam. 
Widok z drogi do pracy:
Ponoć obecnie jest bardzo duże zanieczyszczenie w atmosferze w tym rejonie. Nawet na autostradach są komunikaty: "Zanieczyszczenie! Dostosuj swoją prędkość do warunków" i "Zanieczyszczenie! Ograniczenie prędkości zredukowane o 20km/h"

Ten zielonkawy budynek na pierwszym planie to mój akademik.


Okazało się, że to jest 1 niedziela miesiąca i wejście do muzeum sztuki i przemysłu było całkowicie bezpłatne. Co więcej mieliśmy z Francois takie szczęście, że mieliśmy przewodnika tylko dla nas ^^ Tym sposobem przez 1,5 godziny instensywnie zwiedzaliśmy 3 wystawy: rowerów, wstążek i broni. Bardzo dobrze wyposażone muzeum, zdecydowanie warto zobaczyć.

Saint Etienne słynęło z produkcji najwyższej jakości jedwabnych wstążek. Tego dnia muzeum organizowało pokazy i mieliśmy szansę zobaczyć jak takie maszyny funkcjonują. Na zdjęciu jedna z mniej skomplikowanych maszyn. W rzeczywistości te maszyny były bardzo wysokie, ok. 4m. 

A wieczorem fondue u Chińczyka. Bardzo śmiesznego zresztą, taka pocieszna osoba z niego była.
Ten weekend spędziłam w Toulonie. Króciutko, bo zaledwie dwa dni, ale bardzo intensywnie. W sobotę rano Francois poszedł biegać ze swoim nauczycielem z klas przygotowawczych, a ja zaszłam tutaj:

Po południu pojechaliśmy na spacer do Hyeres.






Zdecydowanie moje zdjęcia nie oddają tego jak tam było cudnie!






A w niedzielę spacer z Port i sol (Port i słońce) do miasteczka Sanary.



 Dziadkowie Francois, od strony jego taty, po tym jak zostali wysiedleni z wyspy we Włoszech i wprowadzili się do Sanary we Fracji, rzemiosłem, które stanowiło ich źródło utrzymania było rybołówstwo. A, że to byli naprawdę dobrzy rybacy to szybko stać ich już było na wykupienie stoiska, na którym każdego ranka mogli sprzedawać złowione ryby i owoce morza. Z tej historii jest bardzo dumny tata Francois. Któregoś razu złowili tak wielkiego homara, że nie mogli go sprzedać do żadnej restauracji, był za duży. Zwykle homary są bardzo drogie (ok. 20-30 euro na osobę) i są one takie, że właśnie na dwie osoby się najedzą. Ten złowiony przez nich było olbrzymi, na 10 osób. Nie wiedzieli co z nim zrobić. Więc wymyślili, że będzie on nagrodą w loterii. Tata Francois przechadzał się po porcie z wielkim homarem w rękach (szczypce mu tylko spięli) i ku uciesze (lub przerażeniu) dzieci angielskich turystów namawiał je, żeby pogłaskały homara. Gdy tylko, któreś go dotykało, trącał mu czułki i homar zaczynał się ruszać we wszystkie strony i dziko wymachiwać szczypcami a dziecko z krzykiem uciekało xD I tym sposobem udało im się zarobić dużo więcej niż gdyby sprzedali go do restauracji :)



W taki weekend naprawdę można porządnie wypocząć :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz