01 kwietnia 2014
Z super weekendu nad Lazurowym Wybrzeżu!
Zanim jednak napisze o wspaniałym weekendzie nad morze, chciałam Wam pokazać jeszcze panoramę na Saint Etienne jaka mam z kuchni.
W zeszłym tygodniu ukazał się w telewizji reportaż o Arts et Metiers. Szkoła została przedstawiona jako jedna z najlepszych we Francji oraz tym razem materiał ukazywał ja w pozytywnym świetle.
W piątek po pracy pojechałam na dworzec w Givors skąd (po 45 minutach opóźnienia ze względu na korki pod Lyonem) podjechała po mnie ekipa z Cluny: François, Simon, Bris i Jean-Côme i razem już pojechaliśmy do Tulonu.
Niecałe 3,5 godz później byliśmy na miejscu. Simon wpadł na pomysł by tacie François zrobić dowcip taki jak on zwykł robić swoim znajomym. Na dwie minuty przed dojazdem do domu, zadzwoniłam zatem do Tonego Mazelli by go poinformować, ze chłopaki wyjechali z Cluny zaraz po zajęciach i nie mieli czasu nic zjeść, wiec byli tak głodni i tak marudzili Francois, ze się zatrzymaliśmy w Mcdonaldzie i, ze dojedziemy za trzy kwadranse. W glosie było słychać tak ogromne rozczarowanie! Jak chwile potem dojechaliśmy, to wiadomo było od razu, ze to nieprawda. Co nie zmienia faktu, ze tata François zdążył już wylać gotującą się wodę na makaron i musieliśmy czekać aż, zagotuje się po raz kolejny :D
Po pysznym makaronie po bolońsku pojechaliśmy kolo północy na gore Faron. Te, na której byliśmy nocą z Danielem i Przemkiem w maju zeszłego roku. Miałam wrażenie, ze tym razem było dużo wietrzniej.
W poniedziałek wstaliśmy dość wcześnie, bo w planach mieliśmy nie lada wycieczkę. Po śniadaniu i 45 minutach drogi dotarliśmy do Cassis. Miejscowości, nazywana miejscem śródziemnomorskich fiordów. Calanques de Cassis - to głęboko wcięte w wapiennych skalach trudno dostępne dolinki ze stromymi ścianami na wybrzeżu Morza Śródziemnego, bardzo często nie posiadają ona żadnego dojazdu od strony lądu (samochodem). Czasem wykorzystywane jako przystanie dla jachtów.
 |
| Calanque de Port Miou |
Najbardziej okazale przykłady calanques znajdują się w pasmie Massif des Calanques w departamencie Delta Rodanu, przede wszystkim na 30-kilometrowym fragmencie wybrzeża, miedzy La Madrague, a Cassis. Czyli dokładnie tam, gdzie pojechaliśmy. Pionowe urwiska tych dolin posiadają nawet kilkaset metrów wysokości i niemożliwe jest częstokroć nawet zejście z wody na lad (pionowe ściany, brak ścieżek). Z tego powodu calanques to świetne miejsce do uprawiania wspinaczki.
 |
| Widok na Calanque de Port Miou |
 |
| Widok na Calanque de Port Pin |
 |
| Bardzo bardzo wiało. Ok 90 km/h. Na zdjęciu chłopaki testują czy wiatr zepchnie spróchniały pień do wody. |
 |
| Skała, na której staliśmy widziana z innej skały. Tam na cypelku chłopaki zrzucali pień. |
 |
| A tu widać całą wysepkę, na której przed chwilą byliśmy. |
 |
| Tutaj widać bardzo przystępną ścieżkę, potem będzie trudniej... |
 |
| Pierwsza plaża |
 |
| I nawet nam się trafiło zobaczyć ćwiczenia wojskowych. |
 |
| A tutaj na drugiej plaży.. docierając do niej prawie wyzionęłam płuca. Chłopaki dali mi nieźle popalić w ten weekend... |
 |
| Chlopaki sie kapali w 14°C, mnie wystarczyło pomoczyć stopy :P |
 |
| Widok tej samej plaży z góry... |
 |
| Znaleźliśmy prawdziwą jaskinię! I to naprawdę sporą. |
 |
| Właśnie po takim "czymś" cały czas chodziliśmy. |
 |
| Takie tam, ze wspinaczki... |
 |
| Widzicie ścieżkę? Ja też nie, a stąd przyszliśmy :D |
 |
| Siódme poty warte niesamowitego widoku. |
 |
| Aż trudno mi uwierzyć, że wdrapałam się na taką górę! |
 |
| Tu jacht ustawiał się do linii wiatru i zwijał żagle, za jakiś czas po lewej wejście do portu, tego który widzieliście na pierwszych zdjęciach. |
Potem poszliśmy na małe piwo do portu w Cassis, gdzie obsługiwał nas bardzo "tamtejszy" kelner. Facet miał taki południowy akcent, że mała głowa, ale bardzo sympatyczny.
Tak upłynęła nam sobota.
W niedzielę rano wybraliśmy się w miejsce, w którym jeszcze nie byłam. Pojechaliśmy na najwyższą górę w departamencie, która za czasów drugiej wojny światowej służyła za istotny punkt obserwacyjny. Wiało okropnie, jak w grudniu gdy przyleciałam do Marsylii, czyli jakieś 130 km/h... Zresztą widać na zdjęciach jak wiało!
Po południu pojechaliśmy do tej małej miejscowości rybackiej Sanary (tej z opowieści o homarze).
 |
| I znowu łaziliśmy po skałkach. |
 |
| W Sanary poszliśmy zobaczyć wystawę sztuki. |
 |
| Poszliśmy tam ponieważ była to wystawa dzieł stworzonych podczas zajęć z malarstwa, na które uczęszcza tata Francois. To jest jedna z jego prac. |
 |
| Tuż przed wyjazdem chwila relaksu. Nie wiem czy na zdjęciu też to widzicie, ale woda miała taki srebrzysty odcień pod tym kątem. |
 |
| Widać nie tylko ja byłam zmęczona po fantastycznym, mega aktywnym weekendzie :P |
i na koniec
 |
| Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Mamo :) |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz